Recenzja filmu: “Ad Astra”

0

Ad Astra to film wzbudzający zachwyt wykonanymi z najwyższą starannością, estetycznymi kadrami. Widać tu wysoki budżet, dobrze spożytkowany na najlepsze efekty specjalne. Jest to również produkcja z aspiracjami do bycia czymś więcej, niż tylko zbiorem efektownych obrazków. Jednakże, nieco rozczarowani mogą być miłośnicy gatunku Sci-Fi, ponieważ omawiane dzieło to przede wszystkim dramat, przedstawiający mentalne i emocjonalne potyczki głównego bohatera.

Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w której podróże kosmiczne są codziennością. W pierwszych minutach filmu dowiadujemy się, że mimo technologicznego rozwoju i pozornie nieograniczonych możliwości człowieka, życie na ziemi jest zagrożone ze względu na kosmiczną katastrofę, za którą może być odpowiedzialny przed laty zaginiony na krańcu Układu Słonecznego, pionier kosmicznych podróży, a jednocześnie ojciec głównego bohatera – Clifford McBride (Tommy Lee Jones). Z racji konotacji rodzinnych oraz wybitnych umiejętności w dziedzinie astronautyki, McBride Junior, o imieniu Roy (Brad Pitt), weźmie udział w misji ratowania świata. Tak zaczyna się jego podróż przez Układ Słoneczny, która przeradza się w wędrówkę w głąb własnych myśli i emocji, zmuszającą go do zrewidowania dotychczasowego systemu wartości.

Estetyczny majstersztyk

W warstwie wizualnej Ad Astra to dzieło wybitne. Ziemia widziana z perspektywy kosmosu, pozostałe planety, jak i nieskończona przestrzeń wszechświata wyglądają obłędnie. Podobnie jest z resztą scen, w tym z wnętrzem baz kosmicznych czy z kosmiczną rakietą. Sceneria jest futurystyczna, ale też nie mamy tu do czynienia z często spotykaną przesadą, będącą efektem nierealistycznych wyobrażeń na temat przyszłości. Wizualnie – za kilkadziesiąt lat – świat rzeczywiście może się prezentować tak, jak ten stworzony przez Jamesa Gray’a.

R E K L A M A

“Ad Astra” to przeciętne Sci-Fi

Miłośnicy filmów Sci-Fi spod znaku np. Interstellar, oczekujący rozważań metafizycznych, jak również Ci, którzy chcieliby poznać mechanizmy działania futurystycznych technologii, będą rozczarowani, gdyż twórcy nie zagłębiają się w te tematy.

“Ad Astra” to film, który zdecydowanie powinien zostać sklasyfikowany przede wszystkim jako dramat psychologiczny. Niestety, nie wypada on dobrze w kategorii SF. Poruszonych jest tu wiele problemów, takich jak: samotność, rozterki podczas poszukiwania odpowiedniego modelu życia oraz celu egzystencji, niemożność zrozumienia i wyrażania własnych emocji, a także trudności w odnajdywaniu własnej drogi, mającej zastąpić ścieżki wydeptane przez rodziców. W dodatku większość kwestii potraktowana jest powierzchownie.

Przesłanie przedstawiane jest łopatologicznie, w wewnętrznych monologach Roya lub w jego zwierzeniach wypowiadanych do elektronicznego psychologa. Wszystko to wypowiedziane wprost, patetycznym tonem. Trudno też przyjąć wnioski, które nie mają żadnego fabularnego uzasadnienia.

Wiemy, że problem Roya tkwi w relacji z ojcem. Jednak o ile dość dobrze poznajemy Macbride’a seniora, o tyle o jego wzajemnej relacji z synem nie wiemy niemal nic. Wielokrotnie w czasie filmu widzimy również reminiscencje, w których pojawia się Eve (Liv Tyler), prawdopodobnie partnerka Roya, którą porzucił ze względu na karierę. Smutek naszego bohatera, a także wypowiadane przez niego stwierdzenia dają nam jasny przekaz, że porzucenie Eve było błędem. Nie wiemy jednak, czy nie jest to czasem nieprawidłowe postrzeganie sytuacji przez Roya, gdyż Eve wypowiada w filmie jedynie kilka zdań, a o rodzaju i jakości ich znajomości nie wiemy absolutnie nic.

Doskonała obsada w walce z dziurawym scenariuszem

Niewiarygodność przekazu to efekt fatalnego scenariusza, ponieważ Brad Pitt wzorcowo wywiązuje się z roli pozornie twardego, nieodczuwającego emocji samotnika, którym w głębi targa gniew i niezaspokojona potrzeba bliskości. Aktorski popis daje również reszta gwiazdorskiej obsady, na czele z Tommy Lee Jonesem i Donaldem Sutherlandem. Jednakże, “Ad Astra” to przede wszystkim popis głównego bohatera, który pojawia się w niemal wszystkich scenach, dźwigając ciężar filmu.

Brad Pitt i reszta obsady nie mieli prostego zadania, odgrywając role ze scenariusza będącego kosmiczną czarną dziurą, w której próżno szukać logicznego biegu wydarzeń, związków przyczynowo-skutkowych czy racjonalnych ludzkich zachowań.

Pozbywając się scen, które zupełnie nic nie wnoszą do fabuły (wściekłe kosmiczne małpy były równie realistyczne, co zbędne), jak również tych, w których Roy uczy życia poprzez swoje wywody z gatunku mądrości Paulo Coelho, film mógłby zostać skrócony nawet 3-krotnie.

W filmach fantastycznych możemy czasem przyjąć nieco wyższy próg tolerancji na absurdy, zwłaszcza przy dobrej realizacji produkcji. W tym przypadku jednak nie sposób przejść obojętnie wobec obezwładniającej irracjonalności tego, co widzimy na ekranie. Dowiadujemy się na przykład, że przemierzanie przestrzeni kosmicznej w burzy meteorów, znajdując się poza statkiem, to bułka z masłem, jeśli tylko zaopatrzymy się w kawałek blachy, która zakryje naszą głowę i część korpusu. Niestety, jest to tylko jeden z wielu przykładów totalnego absurdu fabularnego…

Podsumowując

“Ad Astra” wypada dobrze, a nawet świetnie, jako wizualna uczta dla oka. Jednak godna pochwały gra aktorska, wspaniale wykonane zdjęcia, a nawet wspomniane piękne scenerie i zachwycające efekty specjalne, które przy odpowiednim nakładzie finansowym nie są już dzisiaj tak ogromnym osiągnięciem, to za mało, aby “Ad Astra” było dziełem godnym polecenia.

Scenariusz obraża intelekt widza, a moralizatorski ton opowieści budzi sprzeciw. Nie otrzymujemy miejsca na dyskusję i zastanowienie, dostajemy natomiast gotowe, wątpliwej jakości odpowiedzi na temat tego, co jest ważne i jak należy postępować…

Szkoda, że twórcy nie zdecydowali się bardziej rozwinąć fabuły w obszarze Sci-Fi, ponieważ wyraźnie lepiej odnajdują się w tym klimacie. W obecnej formie dzieło Jamea Gray’a raczej nie zachwyci miłośników gatunku. Gdyby bardziej został rozbudowany świat stworzony w filmie, i dowiedzielibyśmy się np. jak działa rakieta przemierzająca Układ Słoneczny w niespełna 3 tygodnie, czy też w jaki sposób skolonizowano Marsa, z pewnością film dotarłby do tego grona odbiorców ostatecznie uzyskując także wyższą ocenę. Obecnie jednak film “Ad Astra” może zadowolić jedynie bardzo tolerancyjnych estetów…

Moja końcowa ocena filmu? Zaledwie 4,5 na 10 punktów!

Zwiastun

Plakat

Polecane produkty

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o