Recenzja płyty: Tool – “Fear Inoculum”

0

Na nową płytę zespołu Tool przyszło nam czekać tak długo, że wielu już zdążyło zwątpić w to, czy w ogóle powstanie. Po licznych zapowiedziach, zmianach terminów, perturbacjach wewnątrz zespołu i dokoła niego, po 13 latach doczekaliśmy się następcy 10 000 Days.

Płytę o tajemniczym tytule Fear Inoculum promuje singiel z tytułowym utworem, dającym przedsmak tego, co zaoferuje nam krążek (lub jego cyfrowa wersja). Mamy tu wszystko to, za co fani pokochali Tool. Kawałek rozpoczyna się bardzo spokojnie, klimatycznie, od trzech dźwięków gitary, tworzących główny riff. Tempo powoli narasta, by w końcu uderzyć mocą gitar i wokalu, a także kanonadą bębnów. I gdy wydaje się, że to już koniec, przychodzi czas na drugą część, jeszcze bardziej psychodeliczną, z mocnym końcowym akcentem.

Na podobnym schemacie oparta jest właściwie każda z sześciu “pełnowymiarowych” utworów albumu (siódmy z wersji podstawowej jest swego rodzaju miniaturką w postaci solowych popisów perkusisty Danny’ego Carey’a z dodatkiem brzmień syntezatora).

R E K L A M A

Każda z tych sześciu części Fear Inoculum jest jakby wielowątkowym dziełem, o zmiennej dynamice, melodyce, a nawet metrum. Utwory pozornie kończą się, by wybuchnąć nową energią lub całkiem zmienić rytm i budowę. Można odnieść wrażenie, że na tej płycie słyszymy wszystko to, czym dotychczas uraczył nas już zespół, tylko w bardziej zintensyfikowanej i zwielokrotnionej formie.

Bywa zatem bardzo lirycznie, melodyjnie i poruszająco (Culling Voices), ciężko i dosadnie (Invincible), mrocznie i tajemniczo (Fear Inoculum, Pneuma). Znajdziemy tu także nawiązania do dawnej twórczości grupy – jak choćby w riffie do Pneumy, łudząco przypominającym wiodący motyw ze Schism. Tytułowy kawałek natomiast może budzić skojarzenia z 10 000 Days.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na wspaniałą warstwę instrumentalną Fear Inoculum. Gitara Adama Jonesa wprowadza niesamowity klimat, swoją melodyjnością podkreślając wymowę kompozycji (na szczególną uwagę zasługują “płynące”, rozbudowane partie solowe w Descending oraz główne riffy z Culling Voices i 7epmest). Gra perkusji to dalszy etap budowania aury utworów, a tam, gdzie łączy się ona jedynie z basem należą moim zdaniem do najciekawszych na płycie. Dopełnieniem instrumentarium są partie wokalne Maynarda Jamesa Keenana, gdzie na Fear Inoculum słychać go dość oszczędnie, ale niezwykle melodyjnie. Mimo wszystko lider Tool potrafi pokazać od czasu do czasu pazur.

Zespół nie byłby sobą, gdyby nie uraczył nas dodatkowymi smaczkami. Ważna dla tej płyty jest szczególnie liczba 7, symbolizująca pełnię. Odkryjemy siedem utworów w wersji podstawowej (ostatni to jakby dla podkreślenia 7empest). Jak zdradza Adam Jones, wiele rytmów jest na 7/4 lub 7/3, mamy tu nawet riff na 21 (czyli trzy razy siedem). Przypomnijmy, że sama premiera nowego singla odbyła się “też” 7 sierpnia. I wreszcie, Fear Inoculum to siódmy (licząc Epki) studyjny album grupy.

Jeśli dodamy do tego wszystkiego teksty utworów i ich kolejność na płycie, mamy już pewność, że to zamknięta całość. Zaczynamy więc od próby oswojenia strachu i spojrzenia wgłąb siebie, poprzez walkę, upadek, niemalże śmierć i na koniec odrodzenie.

Jeśli wziąć to wszystko pod uwagę, to czy nie byłoby dziwne, gdyby Fear Inoculum okazał się ostatnią płytą zespołu? Jeśli tak, to jest to naprawdę godne pożegnanie, a jeśli jednak będą kolejne wydawnictwa, to mam nadzieję, że nie przyjdzie nam na nie czekać kolejnych 13 lat…

Polecane produkty

Dodaj komentarz